Chłopiec i jego samotność

W miasteczku pełnym kolorów domów i radosnych zwierząt żył sobie chłopiec, a z nim jego rodzice i dziadkowie. Chłopcu niczego nie brakowało, jeżeli chodzi o własny pokój, dobre jedzenie i możliwość pobierania edukacji w pobliskiej szkole. Jednak nie miał spełnionej jednej potrzeby — był samotny. Jako jedynak nie miał rodzeństwa, z którym nie mógł się bawić. Koledzy z klasy nie chcieli spędzać z nim czasu po lekcjach. Nie miał też domowego zwierzątka, którym mógłby się opiekować i który byłby dla niego towarzyszem. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest możliwe, by dziesięciolatek spędził czas tylko ze sobą, wystarczyło jedynie, by przyjrzał mu się przez jedno popołudnie, by zorientować się, że jest w błędzie. Nie wychodził na podwórko, by się z kimś bawić, ale by pójść na spacer nad rzeką. Tam mógł próbować łapać żaby, zbierać partii dla stworzenia ogniska, którego nie zapali w obawie przed możliwymi scenariuszami takiego działania, lub po prostu usiąść i wpatrywać się w wodę. Nikt mu w tym nie towarzyszył, w gronie kolegów był tylko wtedy, gdy mijał osiedlowe boisko, by pójść dalej. Może jedynie jego cień i to tylko w odpowiedniej porze. A tak to był on i jedynie on.

Rodzice nie byli w stanie tego dostrzec, gdyż pracowali do późna każdego dnia, nawet w niedzielę jechali do biura swojej kancelarii. Mieli bardzo ważnych klientów, których nie mogli stracić, dlatego byli na każde ich zawołanie. Chłopiec nie uważał, by przez to go zaniedbywali, bo w wolnej chwili zabierali go na wycieczki lub do kina, ale nie miało to miejsca zbyt często, mimo go chciałby widywać ich rano i wieczorami, a nie tylko słyszeć nocą, jak wracają. Do tego sądził, że mieszkający z nim dziadkowie, którzy byli już emerytami, mogliby zastąpić mu kolegów — niestety przeliczył się z tym odrobinę. Babcia miała bowiem swój ogródek, o który musiała dbać, lekarzy, których należało regularnie — a wręcz nadgorliwie często — odwiedzać, by pozostać przy zdrowiu, i przyjaciółki, z którymi codziennie należało poplotkować, by wszystkie wieści docierały odpowiednio wcześnie do uszu zainteresowanych i innych, którym aż tak nie zależało. Dziadek był bardziej przystępny, można było zamienić z nim kilka słów w ciągu dnia, lecz czasami było to za mało — chłopiec chciał poza rozmowa także móc się z nim bawić, przegrywał jednak z dziadkowym zamiłowaniem do stolarki. 

W takich warunkach bardzo łatwo można było poczuć się samotnym — zwłaszcza gdy ma się tylko dziesięć lat. Jednak mówienie o tym głośno było jeszcze trudniejsze. Chłopiec próbował zrobić to jednego wieczoru, kiedy wszyscy dorośli byli w domu na kolacji.

— Mamo… Tato… Babciu… Dziadku… Jestem samotny.

Jako że trwał wówczas posiłek spożywany w ciszy, chłopiec nie miał wątpliwości, że został usłyszany. Mimo to jego słowa nie spotkały się z żadną odpowiedzią. Jakby wypowiedziane trafiały w próżnię, nie do uszu konkretnych osób. To bolało, czasami nawet bardziej od tej samotności, która powoli zjadała go od środka. 

Gdyby mówił o tym częściej, może zostałby usłyszany, ale kiedy przy trzeciej próbie usłyszał:

— O czym ty mówisz? Jesteś za młody, by czuć się samotny! Co ty w ogóle wiesz o samotności, co?

Wtedy postanowił nie dzielić się z nikim swoim stanem, jedynie zapisywał krótkie notatki w zeszycie, który chował pod materacem. W ten sposób czuł się odrobinę lepiej, choć i tak wiedział, że podobne wynurzenie się za pomocą słowa pisanego nie zdoła zastąpić rozmowy z drugim człowiekiem. Nawet z takim, który ledwie co go słuchał. 

I tak mijały dni, kiedy to chłopiec poza samotnością nie miał wiele. Rówieśnicy mieli go za coraz większego dziwaka i, wyśmiewając przy tym, zgłosili do szkolnych jasełek jako choinkę. Choć już pod koniec listopada spadł pierwszy śnieg, ani razu nie został zaproszony, by z innymi dziećmi lepić bałwana. Szybciej obrywał kulkami śniegu, robiąc za chodzącą tarczę dla kolegów. Nie szukał pomocy u nauczycieli, bo ci wyglądali na ludzi, którzy żałują, że wybrali taką profesję, a w domu nic nie uległo zmianie. Jedynie strony zeszyty nosiły ślady kolejnych zapisanych słów i słonych dziecięcych łez. 

Lecz z grudniem zaczęła szerzyć się inna atmosfera — wokół było więcej życzliwości i uśmiechów, niektórzy ludzie pokazywali, jakie ciepło w sobie noszą. Trudno było przejść obojętnie wobec większej liczby dobrych uczynków. Zbliżające się święta zdołały też obudzić coś w dziadku chłopca. Mężczyzna pracował w swoim warsztacie, tworząc drewniane choinki i aniołki na zamówienie i potrzebował pomocy przy ścieraniu materiału papierem, dlatego poprosił chłopca o pomoc.

— W podzięce zabiorę cię na gorącą czekoladę z piankami, co ty na to? 

Chłopiec, dla którego ten napój był ulubionym w czasie zimy, przystał na to dość chętnie, bo mógł też liczyć na towarzystwo. 

Podczas pracy dziadek rzucał co jakiś czas spojrzenie na wnuka, który wykonywał zadanie skrupulatnie i z lekkim uśmiechem na twarzy. Wyglądał na zadowolonego, choć jego koledzy spędzali właśnie czas na podwórku, by w mroku rozświetlonym licznymi latarniami lepić bałwana lub urządzać kolejną bitwę na śnieżki. 

— Nie chciałby iść się pobawić? — zapytał dziadek, gdy chłopiec odkładał jednego aniołka i sięgał po kolejnego.

— Nie, bo wśród nich wciąż czułbym się samotny.

— Przy mnie tak nie jest?

— Nie, bo zwracasz na mnie uwagę. Dziękuję za to, dziadku.

Mężczyzna nie wiedział przez chwilę, co ma odpowiedzieć. Do tej pory myślał, że chłopiec określa swój stan jako samotność, bo znał to słowo, ale nie jego znaczenie. Teraz docierało do niego, jak wygląda prawda, i czuł wstyd, iż doprowadził do takiej sytuacji.

Dlatego na moment odłożył narzędzia, by podejść do wnuka i mocno go do siebie przytulić. 

— Przepraszam, że ignorowałem twoja samotność — wyszeptał do jego ucha. – Przepraszam.

Chłopiec także objął mężczyznę i go uścisnął.

— W porządku, dziadku. Już w porządku.

W oczach dorosłego pojawiły się łzy. Tego popołudnia nie tylko obaj wykonali kilkanaście pięknych ozdób z drewna i wypili po sporej filiżance gorącej czekolady z piankami, ale też porozmawiali. 

W tej czynności nikt im nie przeszkodził, bo zamknęli się w pokoju chłopca, gdzie ten mógł nareszcie powiedzieć komuś, jak tak naprawdę się czuje. Do tego pokazał dziadkowi swój pamiętnik, a gdy mężczyzna go czytał — co robił w myślach, tylko dla siebie — płakali. A za oknem padał śnieg.

Magia świąt nie zdołała otworzyć wszystkich nieczułych do tej pory serc, ale to nic — chłopiec znalazł wsparcie i przyjaciela w osobie dziadka, który pomógł mu przegnać samotność przynajmniej na jakiś czas. 

4.5/5 - (4 votes)

Wstaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

...