W pewnej bajkowej krainie akurat nie było żadnego czarodzieja na tyle złego, żeby chciało mu się porywać i zaklinać księżniczki, ani żadnego Smoka tak głodnego, żeby miał ochotę zjadać księżniczki i rycerzy.
Wszystkie czarownice były tutaj zbyt leniwe, żeby czarować. I tak w tym królestwie była straszna nuda. Pewnego dnia król wymyślił swoim poddanym trochę zabawy.

– Drodzy poddani, ogłaszam wyścig po naszym królestwie! Każdy, kto ma jakiś pojazd, niech przyjedzie pod mój zamek dokładnie w południe – ogłosił król.
Od czarodzieja z gór pozwolił sobie wyczarować piękne terenowe autko i przygotował się do startu, czekając, aż przyjadą inne bajkowe postacie.
Nie minęło nawet dużo czasu, a już zaczęli zjeżdżać się zawodnicy. Zebrało się ich razem dziesięciu. A w królestwie była taka nuda, że każdy, kto tylko usłyszał, że wreszcie coś się dzieje, od razu chciał wziąć udział albo przynajmniej popatrzeć.
Jako druga, zaraz po królu, przyjechała księżniczka Mańka na hulajnodze. Trzeci przygalopował rycerz Bąbelek na koniku. Czwarty pojawił się czarodziej na motorze. Czasem było słychać huk, jak mu coś wystrzeliło z tłumika. Już dawno nie czarował, więc ten motor był trochę dziwny. Oby dał sobie radę w wyścigu. Jako piąty zawodnik zgłosił się wodniczek Bledule na rolkach.
A ponieważ chętnych do wyścigów było mnóstwo, zjawiła się szósta zawodniczka – dziewczynka w czerwonym kapturku na wilczku. Tak, dobrze zgadliście, to był Czerwony Kapturek. Zaraz po niej przyjechała Baba Jaga i wszystkim pokazywała swój niesamowity wózek ciągnięty przez sześć czarnych kotków. Ale ósma zawodniczka, Dobra Wróżka, zupełnie przyćmiła jej wóz swoim powozem z dyni, zaprzężonym w dwa białe koniki. Może zdążą ukończyć wyścig przed północą, bo inaczej czar pryśnie i kareta stanie się dynią, a koniki – myszkami.
Nagle rozległo się dudnienie silnika. To do zawodników dojechała czterokołówka, a na niej Diabełek.
Ale chwileczkę! Mamy tylko dziewięciu zawodników? Gdzie się podział dziesiąty? Po chwili doczłapał się głupi Jaś na nartach. Szło mu to ciężko, bo nie było śniegu. A bez śniegu narty, jak wiemy, nie jadą.
Ale zawodnicy już gotowi i wyścig może się zaczynać! Królewscy służący dali znak do startu i cała dziesiątka ruszyła naprzód. Ale wodnik Bledule już na zakręcie pod zamkiem na rolkach wpadł w poślizg, odpadło mu kółeczko i wylądował na pupie prosto na chodniku przed cukiernią. Dla niego wyścig się skończył, więc poszedł sobie chociaż na ciacho.
W wyścigu zostało dziewięciu zawodników. Wyruszyli z miasteczka i gnali przez las. Na czele pędził Diabełek na diabelskiej czterokołowce tak szalenie, że za nim zostały tylko rozjechane koleiny. Król w terenówce trzymał się tuż za nim. Za nimi pędził czarodziej na motorze. Nawet Dobra Wróżka nie zostawała w tyle i właśnie wyprzedzała Czerwonego Kapturka na wilczku.
– Przyspiesz, wilczku, wyprzedzają nas! – wołała Czerwony Kapturek.
– Robię, co mogę! – warczał wilczek.
Miał co robić, bo właśnie zaczął mu najeżdżać na ogon rycerz Bąbelek na koniku. Właśnie wyprzedził Babę Jagę i wystraszył jej koty. Te się zatrzymały, a zanim Baba Jaga zdążyła je uspokoić, rozbiegły się po lesie. Dla Baby Jagi na tym skończył się wyścig. Jeszcze nie znalazła ani jednego kotka, gdy wyprzedziła ją księżniczka na hulajnodze. Ale gdzie został Janek na nartach? Jeszcze nawet nie dojechał do lasu. Dopiero sunął nartami po miejskich chodnikach, gdzie pomachał do okna cukierni wodnikowi, który zajadał się ptysiem.
Z lasu wyścig prowadził po brzegu między dwoma stawami a łąką. Czterokołowiec z Diabełkiem przejechał z takim hukiem, że ryby w stawie aż się zatrzęsły. Za nim gnało auto z królem. Czarodziej na motorze jednak wpadł w poślizg i zjechał do stawu. Wciąż się nie poddawał i próbował wyciągnąć motorek z wody na drogę, gdy wyprzedziła go Dobra Wróżka.
– Hej, nie możesz spełnić mojego życzenia i wyciągnąć mi motorka z wody?– zawołał do niej czarodziej.
– Przecież potrafisz czarować sam, wujku – zaśmiała się Dobra Wróżka i pomachała mu.
– No tak, właściwie… – stuknął się czarodziej w czoło i zaczął machać rękami, żeby wyciągnąć motorek z wody na drogę.
Jeszcze nie skończył, gdy przebiegł tamtędy wilczek z Kapturkiem, przegalopował rycerz na koniu i przejechała księżniczka na hulajnodze.
– Wreszcie na trasie! – pochwalił się czarodziej, wskoczył na motocykl, ale co to? Zamiast pracy silnika tylko zachrobotało i cisza. Motocykle nie jeżdżą po wodzie, a ten porządnie się napił ze stawu. Czarodziej tak łatwo tego nie naprawi, a ze złości zapomniał zaklęcia na wysuszenie motocykla. I tak dla niego wyścig się skończył. A gdzie zniknął Janek? Janek w końcu dokuśtykał na nartach aż do lasu. W wyścigu zostało więc siedmiu zawodników.
Za łąką na zawodników czekała stroma górka wiodąca do skał, gdzie mieszkał Smok. Diabełek na swoim czterokołowcu nie miał z tym żadnego kłopotu. Nawet król w terenowym samochodzie bez problemu pokonał stromy pagórek. Koniom już tak dobrze nie szło, ale Dobra Wróżka machnęła swoją różdżką, zaczarowała im diamentowe podkowy i wjechały na górkę.
– Ja kończę – sapnął wilczek pod pagórkiem. Dalej biec już nie mógł, był za bardzo zmęczony. A gdy zobaczył ten pagórek, odechciało mu się dalej brać udział w konkursie. Razem z Czerwonym Kapturkiem patrzył, jak poradzi sobie rycerz na koniu. Ale ten nie miał diamentowych podków, więc został pod pagórkiem razem z nimi. Księżniczka poradziła sobie raz-dwa. Przerzuciła hulajnogę przez ramię i ruszyła pod górkę na piechotę. Górka wyeliminowała od razu dwóch zawodników. A może trzech? Gdzie jest ten Janek? No jasne, już wyjeżdża z lasu nad staw, a trawa owija mu się wokół nart. Powinien się pospieszyć.
Na pięciu zawodników czekała stroma górka w dół do wioski. Diabełek pędził jak szalony, więc we wiosce nie zdążył wyhamować na zakręcie. Wjechał do stodoły i razem z czterokołowcem utknął w sianie. Gospodarz jeszcze przyłoił mu miotłą za to, że rozwalił mu pół stodoły.
Król był z tego bardzo zadowolony, bo w końcu był pierwszy, jak to na króla przystało. Ale nie cieszył się tym zbyt długo. Dobra Wróżka była mu tuż za plecami. Jej konie były niesamowicie szybkie. I księżniczka nadrobiła straty, na hulajnodze sama zjeżdżała z górki. Tylko ten Janek. Gdzie on się znowu podziewa? Jest dobrze, nie wpadł do stawu. Teraz zarzucił narty na ramię i wspina się z nimi pod górkę. No to mamy czterech zawodników. Ciekawe, kto wygra?
Za wioską droga zawracała z powrotem do miasta. Ale prowadziła przez huśtający się most, który dawno temu zbudował dziadek króla jako skrót przez bagno. Król doskonale wiedział, że musi zwolnić, bo inaczej auto spadnie z mostu. Dobra Wróżka to wykorzystała i poganiała konie jak szalona. To się na niej zemściło. Między drewnianymi belkami mostu zaklinowało się koło jej powozu i urwało się.
– Naprawię to, naprawię… – mamrotała wróżka i próbowała wymyślić zaklęcie, które potrafiłoby naprawić koło.
– Cześć, wróżko, pomóc ci? – zawołała księżniczka, gdy przejeżdżała na hulajnodze.
– Dziękuję, księżniczko, ale chyba muszę uznać porażkę. Może następnym razem będę miała więcej szczęścia – powiedziała wróżka.
A gdzie znowu podziewa się ten Janek?! Jest na szczycie wzgórza i właśnie zjeżdża na nartach po skale. Ma szczęście, skała jest tam gładka, więc dobrze mu się jedzie. Zjeżdża szybko do wioski, gdzie sunie nogami po drodze, żeby jak najszybciej dotrzeć do mostu.
Trzech zawodników pędzi dalej. Już niedługo pojawi się linia mety. Król już sobie wyobrażał, jak dostaje medal za pierwsze miejsce, że tak się zagapił, aż wjechał autem w krzaki. Koła zawisły mu na gałęzi w powietrzu i nie mógł wyjechać.
– No to klops! Już prawie miałem wygraną w kieszeni – narzekał i krążył wokół swojego autka.
– Wskakuj, tato. Hulajnoga jest wystarczająco duża dla nas dwojga, pomożesz mi się odpychać? Już jestem cała zmęczona! – wołała księżniczka, poczekała, aż król wskoczy do niej na hulajnogę, i razem mknęli linią mety do celu.
– Hurra! Hurra! – wołali ludzie, kiedy księżniczka dotarła jako pierwsza i jako jedyna do mety. – Księżniczce należy się medal!
Ale chwileczkę! Jedyna? A gdzie tam. W wyścigu został jeszcze jeden zawodnik. Właśnie na nartach przemaszerował przez most i pędził w stronę mety. To znaczy, pędził mniej więcej jak ślimak.
I tak, kiedy już słonko chyliło się ku zachodowi, Janek w końcu dotarł do mety. Ale ludzie już się rozeszli, bo kto by tam czekał na jakiegoś gamonia, który latem wybiera sobie do wyścigu narty na śnieg. Mimo to następnego dnia dostał od króla chociaż mały medal za wytrwałość. To się rzadko zdarza, żeby ktoś pokonał tyle przeszkód na nartach latem i się nie poddał.
bardzo fajna bajka …