Był sobie raz pewien gospodarz, który miał dwie córki: Zuzannę, starszą, i Anię, młodszą. Gospodarz bardziej kochał Zuzannę, bo była bardzo piękna.
Za wszystkie pieniądze kupował jej suknie z całego świata, by miała zawsze nowe i by wszyscy we wsi mogli ją podziwiać. Ani nigdy niczego nie kupił. Chodziła w wytartej sukience i całymi dniami ciężko pracowała: w polu, w kuchni i przy zwierzętach.

Dziś na gospodarstwie panował zamęt, bo miał przyjść narzeczony Zuzanny – syn bogatego gospodarza z sąsiedniej wsi. Zuzanna cały tydzień wybierała suknię, którą założy, i wciąż nie mogła się zdecydować. Tymczasem Anię znów wysłano na pole, by grabiła siano. Słońce prażyło, było gorąco, a dziewczyna była smutna. Nawet łzy wypłynęły jej z oczu. Nie miała ani siedemdziesięciu sukni, ani narzeczonego, ani nawet kochającej rodziny.
Nagle przygalopował do niej młody chłopak. Był bardzo zmęczony po długiej jeździe w upale i poprosił o szklankę wody. Ania dała mu swoją, chociaż wiedziała, że do wieczora będzie spragniona, a strumienia nigdzie w pobliżu nie było. Młodzieniec podziękował i odjechał, lecz jeszcze długo oglądał się za Anią.
Gdy wieczorem wróciła do domu, zobaczyła na podwórzu przywiązanego konia. Narzeczony Zuzanny jeszcze nie odjechał. Ania chciała, niezauważona, dostać się do swojej komórki, lecz goście ją dostrzegli.
Jakie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że młodzieniec, któremu podała wodę, był narzeczonym Zuzanny! Gdy ją zobaczył, pobiegł za nią i… poprosił o jej rękę. Nie obchodziło go, że Zuzanna miała siedemdziesiąt sukien – on pragnął narzeczonej z dobrym sercem.
Ania odeszła z nim, a Zuzanna nigdy nie wyszła za mąż.