Zębate strachy – Pierwszy maja

Dziś był święto: pierwszy maja. Tak jak u ludzi, również u strachów był to dzień świąteczny. Bubik miał od rana tylko jedną troskę.

– Muszę się schować na kwitnącej wiśni. Gdzieś w gałęziach, żeby mnie nie było widać.

– Dlaczego? – zdziwiła się Zubomiła. – Przecież zwyczaj jest taki, że pod tą wiśnią daje się dziewczynie buziaka, żeby była piękna przez cały rok i nie uschła.

Bajka do czytania - Zębate strachy – Pierwszy maja
Zębate strachy – Pierwszy maja

– Nie będę cię całować, siostro. Zamierzam straszyć, wiesz? Jak wielkie straszydło. Za Straszydłem jest duża kwitnąca wiśnia, gdzie chodzą ludzie. No i jak mówisz, całują się pod drzewem. A ja ich wtedy przestraszę!

– Ach, Bubiku, masz pomysły. – przewróciła oczami Zubomiła.

Bubik poszedł czatować na zakochanych, podczas gdy inne strachy zebrały się na rynku, gdzie postawiły majkę. Pięknie ozdobiony pień drzewa miał bowiem chronić Straszydło przed złymi ludźmi. Ludzie chronią się nim przed złymi duchami, ale strachy się ich zdecydowanie nie boją.

– Teraz podzielcie się na warty. – rozkazał burmistrz Straszydła. – Sąsiednie miasto Straszydłowo mogłoby chcieć ukraść nam majkę. Czasami tak się robi, więc musimy jej bronić, inaczej byłby to dla miasta straszny wstyd.

– Ja będę pilnować! – wołał z entuzjazmem tata.

– Ja też. – dodał najlepszy przyjaciel taty, pan Wodnicki.

– Świetnie, chłopcy, będziecie mieć pierwszą wartę. – zdecydował burmistrz i dodał: – Uważajcie na ludzi. Oprócz Pierwszego Maja obchodzą jeszcze Święto Pracy i kręcą się po okolicy.

– Oni nie obchodzą Święta Pracy pracą?- zdziwiła się Zubomiła.

– Ależ nie, Zubomiłko, oni przypominają sobie dzień, kiedy robotnicy walczyli o poprawę warunków pracy. Podczas protestów wielu z nich zginęło, dlatego ten dzień pozostał w pamięci ludzi. – wyjaśnił burmistrz.

– To chyba po to, żeby docenili, że dzisiaj w pracy mają się tak dobrze. Chociaż ciągle na coś narzekają. – mówiła Zubomiła.

– Nie chcesz również pilnować majki ze swoim ojcem i Panem Wodnickim, Zubomiło?  

– Ależ nie, panie burmistrzu. Idę znaleźć swojego przyjaciela, jest mi winien buziaka pod wiśnią. – zarumieniła się Zubomiła i odeszła.

Nastała noc. Straszydło spało spokojnie. Tylko tata i Pan Wodnicki dzielnie trzymali straż przy majce. Najwyraźniej próbowali odstraszyć ewentualnych złodziei strasznymi dźwiękami, ponieważ spod majki dobiegało przerażające chrapanie.

– Do diabła, Wodnicki, obudź się. – trząsł nad ranem tata Wodnickiego, który słodko spał pod majką. Właściwie już nie tak pod majką, tylko pod gołym niebem.

– Co jest, Zębaczu, czemu mnie budzisz? Właśnie śniło mi się, jak zamykam duszyczki do kubeczków.

– Majka, Wodnicki! Zniknęła!

– Do najbrudniejszego stawu! – zaklął Wodnicki i od razu stanął na nogi. – Co zrobimy?

– Na pewno ci łajdacy ze Strachopłochowa. Musimy im ją odebrać.

– No ale już prawie świta. Zanim wrócimy, ktoś na pewno zauważy, że majka zniknęła. – mówił Wodnicki. I to była prawda. Taki ozdobiony pień drzewa to całkiem duża rzecz. Tego nikt nie przeoczy.

– Damy tu na razie inną. – wpadło tacie do głowy i od razu się za to zabrał.

Wodnicki patrzył na niego z niedowierzaniem. Tym chce kogoś oszukać? Przecież wbił w ziemię długi kij, do którego przywiązał kilka gałązek z jabłoni. Potem tata przypomniał sobie, że na majce były jeszcze kolorowe wstążki, więc zdjął skarpetki i przymocował je do gałązek.

– Cudownie. – pochwalił swoją robotę tata. – Może nawet nie musielibyśmy iść po tę oryginalną.

– Żartujesz? Tamta była chyba dwadzieścia razy wyższa. Powinniśmy się pospieszyć. – mówił Wodnicki.

Dwa strachy pobiegły rzednącym mrokiem w stronę Strachopłochowa. Działali szybko i wkrótce dogonili czwórkę łobuzów, którzy pędzili z ich majką na rynek Strachopłochowa. Ale z krzaków wyskoczył tata i wyszczerzył swoje ogromne zęby. Do tego strasznie zaryczał. Łobuzy zatrzymali się i chcieli go ominąć, ale wtedy wyskoczył Wodnicki i mamrotał coś o duszyczkach w garnuszkach. W ogóle mu nie przeszkadzało, że w okolicy nie ma żadnego stawu.

Rozbójnicy upuścili majkę i zaczęli uciekać. Nie były to jeszcze doświadczone strachy, więc udało się je tak przestraszyć. Tata z Wodnickim nie czekali na nic, zabrali majkę i pobiegli z powrotem do Straszydła.

Tymczasem w Straszydle obok majki przechodził Bubik.

– To jestem jeleniem. – mówi do siebie. – Nawet nie padało, a mimo to ta majka skurczyła się jak mój sweter, kiedy Mama wyprała go w pralce. Idę ją zapytać, czy przypadkiem nie prała też tej majki.

I poszedł. Nawet nie przyszło mu do głowy, że prawdziwa majka nie zmieściłaby się do pralki.

Zanim ktoś inny to zauważył, przybiegł tata z Wodnickim i od razu postawili majkę na swoim miejscu. Tym razem właściwą, tę wysoką. W samą porę, bo zaczęły się schodzić strachy na czele z Burmistrzem, aby sprawdzić, jak sobie poradzili ich strażnicy.

– Świetnie chłopaki, majka jest na miejscu. A nawet jest tu jeszcze jedna mniejsza zrobiona ze skarpetek. – śmiał się Burmistrz.

– Tak się nudziliśmy, że zrobiliśmy jeszcze jedną mniejszą. – mówił tata, urwał jedną ze skarpetek i otarł nią pot z czoła.

– No fuj, skarpetki taty. To ochroni miasto przed wszystkimi. – zauważył Bubik.

– Nie bądź bezczelny, chłopcze. A jak spędziłeś Pierwszy Maja?- zapytał tata swojego synka.

– Bardzo dobrze. – zaśmiał się Bubik. – Wystraszyłem wiele zakochanych par. Zwłaszcza tę, na którą udało mi się spaść. Ta gałąź była jakaś cienka, no.

– Co? To byłeś ty?! – zdenerwowała się Zubomiła. – Co miałeś w głowie?

– He, he, przestraszyła się! – cieszył się Bubik, aż prawie tarzał się po ziemi ze śmiechu.

– Gdyby na ciebie spadł na Pierwszego Maja z kwitnącego drzewa Mikołaj, też byś się przestraszył.

– Innej maski nie znalazłem. – śmiał się dalej Bubik.

I śmiał się jeszcze wieczorem, kiedy miał spać. To był udany Pierwszy Maj.

Rate this post

Navigácia príspevkov

Wstaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

...