Bajka o panu Twardowskim

Dawno dawno temu wielu ludzi parało się alchemią. Zależało im zwłaszcza na odkryciu kamienia filozoficznego, który miał im zagwarantować nieśmiertelność. Wielu z nich próbowało także zamienić kamienie w złoto i tanim sposobem się wzbogacić. Jednak wielu na tym poległo, a rezultaty które otrzymali były niezbyt zadowalające. Jednak, spośród wszystkich, którym udało się coś osiągnąć w dziedzinie alchemii, znane było nazwisko Twardowski. Ci, którzy go znali, nie byli w stanie oszacować, ile ma lat – znany był w swojej wsi od niepamiętnych czasów, był to potężnych rozmiarów mężczyzna o znacznym wąsie, który lubił podkręcać w towarzystwie.

Tymczasem, tajemnica nieśmiertelności pana Twardowskiego nie tkwiła w alchemii, którą z pożytkiem wykorzystał na swoją korzyść. Prawdziwa tajemnica polegała na tym, że przed laty zaprzedał swoją duszę diabłu Borucie – ten miał go zabrać ze sobą dopiero wtedy, kiedy pan Twardowski zawita w Rzymie. Przez wiele dziesiątek lat, a kto wie – może i stuleci, pan Twardowski omijał Rzym szerokim łukiem, czując się najlepiej na swoich włościach. To sprawiało, że Boruta coraz bardziej się niecierpliwił – taka dusza, jak Twardowskiego, była bardzo pożądana w piekle. To by dopiero była uczta, te pełne smoły kociołki i niekończące się ognie i fajerwerki! Jednak Twardowski miał na ten temat inne zdanie i nie spieszyło mu się na spotkanie z piekłem.

Boruta zaczął się porządnie niecierpliwić, a przez myśl nie raz mu już przeszło, że pan Twardowski – polski szlachcic spod krakowskiej wioski – najzwyczajniej go przechytrzył jak do tej pory. Tak jednak dalej być nie mogło. Postanowił wykorzystać druczek zapisany małą czcionką w diabelskiej umowie. Namówił swoich znajomych na założenie karczmy, a następnie zaprosił pana Twardowskiego podstępem, by wszedł w jej progi.

Pan Twardowski, wierzący w umowę między nim a diabłem, niczego się nie spodziewając, przyjął zaproszenie. Pewnego wieczoru pojawił się w progu karczmy, a tam czekał już na niego Boruta.

– To koniec – zaśmiał się diabeł. – Tym razem Cię mam i już mi się nie wywiniesz!

– Hola, hola, jak to? Przecież umawialiśmy się, że dopóki nie pojawię się w Rzymie, dopóty będę żył, a Ty nie możesz zabrać mojej duszy do piekła. – odparł Twardowski.

– No to teraz kochany panie Twardowski, powiedz mi – jak się nazywa ta karczma? – zaśmiał się chytrze diabeł.

Twardowski rozejrzał się wokół. Nad barem zauważył szyld. W rzeczy samej, ta nowa karczma nazywała się Rzym!

W chwili, w której doszło to do Twardowskiego, diabeł długo nie czekał. Złapał go za poły płaszcza i wyleciał z nim z karczmy. Lecieli bardzo bardzo wysoko. Jednak Twardowski nie dawał za wygraną. Zaczął szamotać się z diabłem, aż ten go wypuścił ze swoich ramion. Pan Twardowski leciał i leciał w dół, aż trafił na Księżyc.

– Nie masz prawa zabierać mojej duszy do piekła, bo nie złamałem warunków umowy! – wykrzyknął do diabła Twardowski.

Boruta chwilę się zastanowił. W zasadzie nie lubił, kiedy ktoś mu wypominał niedotrzymanie przez niego słowa.

– Na ziemię cię już nie zabiorę. Oto zatem twoje nowe lokum – księżyc. Poradzimy sobie w piekle bez ciebie, a ty zostajesz skazany na samotność! – postanowił diabeł, po czym odleciał tylko w sobie widomym kierunku.

I rzeczywiście, pan Twardowski do dzisiaj znajduje się na księżycu. Jeśli mamy dobry teleskop, może uda nam się go dojrzeć. Stamtąd z utęsknieniem patrzy na ludzi i cały czas wspomina swoje ziemskie życie. Nikt nie wie, jak długo będzie znajdował się na księżycu. Być może teraz żałuje, że nie udał się jednak do Rzymu, ponieważ miałby chociaż jakieś towarzystwo? A z drugiej strony, czasem lepszy jest brak towarzystwa, niż byle jaka kompania.

5/5 - (2 votes)

Wstaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.