Nasza bajka zaczyna się dokładnie tak, jak każda inna. W pewnym królestwie mieszkał król ze swoją piękną córką – księżniczką Loretą. Żyli tam sobie całkiem spokojnie, aż pewnego dnia do królestwa przyleciał Smok.
Zamieszkał kawałek za miastem, w jaskini. Król był z tego powodu bardzo smutny, bo przecież każdy wie, że smoki zjadają księżniczki. Ale z drugiej strony cieszył się na myśl, że może zjawi się dzielny bohater, książę, który uratuje księżniczkę, i odbędzie się wesele. Ale wtedy pojawił się problem.

– Drogi tato – powiedziała księżniczka – mam już dość tego, że muszę być porywana przez smoki albo zaklinana przez złe czarownice i czekać, aż jakiś chłopak przyjdzie mnie ratować. Już nie chcę być księżniczką. Chcę sama uratować swojego księcia.
– Ale, Loretko, przecież przyleciał smok. I chyba będzie chciał cię zjeść. Co mam mu powiedzieć?
– Mam gdzieś tego smoka – fuknęła księżniczka, spakowała miecz, wskoczyła na konia i odjechała.
Król sam ruszył do smoka.
– Hej hola, smoku, jesteś w domu? – zawołał król pod jaskinią.
– Kto mnie tu budzi z popołudniowej drzemki? To chyba znowu jakiś książę z całą armią żołnierzy, żeby mnie przepędzić albo ucinać mi głowy?
– Ależ skąd. Ja jestem król. I przyszedłem ci powiedzieć, że ta moja niesforna córeczka, księżniczka Loreta, już nie chce być księżniczką. Pojechała w poszukiwaniu przygód. Nie mamy tu dla ciebie żadnej innej księżniczki. Więc chyba czeka cię dieta.
Z jaskini wyszedł ogromny smok z siedmioma straszliwymi głowami, potężnymi skrzydłami i długim ogonem. Król trząsł się jak osika, tak bardzo Smok go wystraszył.
– To nie przyszedłeś mnie przegonić? – zapytał Smok.
Król tylko pokręcił głową.
– To będziemy przyjaciółmi. Bo ja już nie chcę być Smokiem, który zjada księżniczki i wszyscy się go boją. Chcę być kimś innym, kimś, kogo ludzie polubią. Kimś uroczym.
– A kim chciałbyś być? Przy twoim rozmiarze to może być troszkę problem – odważył się powiedzieć król.
– Chcę być szczeniaczkiem. Rzucisz mi patyczek?
Tymczasem król rzucał Smokowi patyczki i uczył go psich sztuczek, a księżniczka Loreta kłusowała na swoim koniku, żeby poszukać swojego zaklętego księcia. Ale on był jeszcze w domu, w sąsiednim królestwie.
Książę Mirosław właśnie kłócił się ze swoim królewskim tatą, że nie chce być księciem. Nie potrafił ani machać mieczem, ani za dobrze jeździć na koniu. I wolałby, żeby jakiś czarodziej go zaczarował, żeby jakaś odważna dziewczyna go uratowała. Postanowił więc poszukać złego czarodzieja.
Kiedy książę Mirosław przyszedł do zaczarowanego lasu pod chatkę, w której mieszkał zły czarodziej, od razu zastukał w drzwi.
– Czego chcesz? – wychylił się ze drzwi stary dziadek.
– Chcę, żebyś mnie zaczarował. Fajnie by było być Śpiącą Różyczką albo Fioną w wieży pilnowanej przez smoka. – dyktował swoje życzenia książę.
Czarodziej przez chwilę kręcił oczami, nie wiedząc, czy to mu się nie przewidziało. Potem odpowiedział:
– A chcesz to z keczupem czy z majonezem?
Teraz książę znów był zaskoczony.
– Co to za głupie pytanie? Jak to się ma do rzucenia na mnie klątwy? – dziwił się książę Mirosław.
– Bo ja już nie rzucam klątw – mówił czarodziej. – Już mnie to przestało bawić. Teraz mam tu szybką przekąskę. Chcesz frytki?
– Nie chcę! Chcę, żebyś rzucił na mnie zaklęcie! – upierał się książę.
– Ależ jesteś nieustępliwy. To poczekaj.
Czarodziej zniknął w chatce. Po chwili pojawił się z czarodziejską książką i podał ją księciu.
– Zaklęcie rzuć sobie sam. Czary są ułożone według alfabetu, więc wybierz sobie jakieś. I już mnie nie zatrzymuj. Uczę się robić naleśniki, więc nie chcę ich przypalić.
Książę został sam przed chatką, trzymając w rękach książkę. Wzruszył ramionami, usiadł na pieńku i od razu zaczął kartkować książkę. W końcu spodobała mu się piękna klątwa, która obiecywała, że zamieni go w pięknego złotego karpika. Złota rybka, to brzmi dobrze.
Przeczytał zaklęcie, a zanim się obejrzał, już chlapał się na pieńku w rybim ciele. I zaczął łapać powietrze, które nagle nie chciało mu się już tak łatwo oddychać jak wcześniej. Ten głuptas książę zapomniał, że ryby żyją w wodzie. To był dopiero pomysł, zamienić się w rybkę w lesie. Gdzie tutaj znajdzie wodę?
Spróbował zawołać o pomoc. Ale ryby nie potrafią głośno krzyczeć. Nawet te zaczarowane nie umieją krzyczeć zbyt głośno.
Książę miał już poważne kłopoty, ale tym razem szczęście mu dopisało. Księżniczka Loreta właśnie przejeżdżała tamtędy na swoim koniu, a złota rybka zabłysnęła w słońcu tak mocno, że od razu ją zauważyła.
– Pomóż mi, daj mi wody, a będziesz szczęśliwa – obiecywała rybka.
– Skąd mam tu wziąć wodę? – rozglądała się księżniczka na wszystkie strony. Wtedy zobaczyła chatkę. Na razie wylała na rybkę wodę ze swojej podróżnej butelki i pobiegła do chatki.
– Dobry panie, bardzo potrzebuję garnka z wodą! – wołała i pukała do drzwi.
Czarodziej otworzył.
– Ależ oczywiście, zaraz ci przyniosę.
– Postaw go tutaj na ziemi, ja pobiegnę po rybkę.
Czarodziej pokiwał głową. Gdy księżniczka wracała z rybką, garnek już stał na dworze. Wrzuciła do niego rybkę, ale ojej!
– Auć! Ta woda powinna być zimna, nie gorąca! – krzyczała rybka. A przecież wiecie, że rybki nie umieją krzyczeć zbyt głośno.
– Przepraszam, to wszystko przez tego czarodzieja! – wytłumaczyła księżniczka, szybko wyjęła rybkę i znowu zapukała do drzwi.
– No i jak tam zupa rybna, udała ci się? – wychylił się czarodziej i uśmiechnął się miło.
– Ja nie chciałam gotować. Chcę uratować tę złotą rybkę, co się tu pluskała w lesie bez wody.
– Ach, to przepraszam, ślicznotko.
Czarodziej dał księżniczce Lorecie garnek z zimną wodą. Ona włożyła do niego rybkę i wróciła do swojego królestwa. Tam w ogrodzie wypuściła rybkę do stawiku. Ale rybka wypłynęła i powiedziała:
– Jestem zaczarowanym księciem. Jeśli mnie uwolnisz, będziesz żyła szczęśliwie aż do końca życia.
– A może to sobie tylko zmyślasz.
– Daj mi buziaka, a zobaczysz.
Księżniczka skrzywiła nosek, ale się przemogła. Wydęła usteczka i pocałowała tę mokrą, zimną i śliską rybkę. Nagle, zamiast ryby, stanął przed nią piękny książę.
– No, nie zmyślałeś! – zaśmiała się księżniczka. – Musimy to powiedzieć tatusiowi królowi. A gdzie on właściwie jest?
Księżniczka Loreta szła z księciem do zamku, ale cóż to! Obok tronu, na którym siedział król, ktoś postawił ogromną psią budę, a w niej wylegiwał się Smok!
– Smok! Będę musiał cię uratować, księżniczko! – zawołał książę. – Ale nie zabrałem miecza. Czy to problem?
– To nic nie szkodzi – powitał ich radośnie król. – To jest mój Alik.
Smok witał ich radośnie, machając swoim wielkim ogonem tak mocno, że zrzucił ze ścian kilka obrazków.
– Jest trochę niezdarny, ale do tego się przyzwyczaicie.
– Tato, to jest mój książę. Sama go uratowałam.
– Jestem książę Mirosław. Państwa córka mnie uratowała. Po tym, jak prawie ugotowała ze mnie zupę rybną.
Król był przeogromnie szczęśliwy. Choć na końcu każdy chciał być kimś innym, bajka skończyła się tak, jak bajka kończyć się powinna – ślubem i wesołą zabawą. Pewnie was nie zdziwi, że wesele przygotował zły czarodziej z lasu. A wszyscy weselni goście mogli sobie wybrać, czy chcą do tego keczup, czy majonez.